Problemy polskiej gospodarki i ustroju ekonomicznego wymagają odpowiedzi osadzonych w nadwiślańskim kontekście. Nie przyniesie nam ich import idei. One muszą wyrastać stąd i być częścią naszych własnych zmagań z historią społeczną i gospodarczą. Dobra wiadomość jest taka, że jest z czego czerpać. Można nawet powiedzieć, że istnieje coś w rodzaju polskiej szkoły ekonomicznej.
Wszyscy ci polityczni praktycy, choćby nie wiem jak przekonani, że nie podlegają żadnym wpływom intelektualnym, są zazwyczaj niewolnikami pomysłów jakiegoś dawno zmarłego ekonomisty”. Tą przewrotną myślą John Maynard Keynes zakończył wydaną w 1936 r. „Ogólną teorię zatrudnienia, procentu i pieniądza”. Anglikowi szło o to, że wielkie idee (w tym te ekonomiczne) mają kolosalny wpływ na każdego z nas. I nie ma właściwie znaczenia, czy w ogóle jesteśmy świadomi ich istnienia. W uproszczeniu różnica polega tylko na tym: jedni wiedzą, że mówią Hayekiem, Friedmanem albo Keynesem. A drudzy robią to bezwiednie. I z powodu tej nieświadomości są pewnie nawet bardziej „w niewoli” niż ci pierwsi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz