wtorek, 27 stycznia 2015

Dobre strony zimy /w oczekiwaniu na wiosnę/


W czasach gdy złośliwość jest mylona z pospolitym chamstwem, wrażliwość jest oznaką słabości, a kłamstwo uchodzi płazem, poszukuję rzeczy stałych, które sprawią że mój świat wróci do względnej normy. Tą niezmienną stałą są pory roku i ich nieuchronność.
Przeczuwam je nim nadejdą. Dlatego pomimo wielu zastrzeżeń do pogody, sposobu w jaki funkcjonuje nasze państwo i otaczającej mnie brzydoty cieszę się , że mieszkam w Polsce. Lubię tę różnorodność i przenikanie się pór roku. Każda z nich ma jakiś cel. Zima również.
Jesień wychwytuję w zmęczonych obliczach sierpniowego nieba, w grzybach, w mgłach, które sączą się biało nad łąkami. Zimę widzę już w opadających liściach, w październiku i w kluczach gęsi. Wiosny szukam pod śniegiem. Wyczuwam ją w charakterystycznym zapachu powietrza, ciepło-zgniłym, trochę cierpkim, który ma tę moc i potrafi się przebić przez wszystkie samochodowe spaliny z alei Prymasa Tysiąclecia. Latem cieszę się najbardziej w czerwcu, kiedy wiem, że dopiero obłapi mnie swoim upalnym uściskiem. Gdy lato trwa w najlepsze, gdy opycham się poziomkami i jest mi gorąco nachodzą mnie myśli smutne, bo wiem, że to polskie lato jest tak ulotne. I mam wrażenie, że wówczas właśnie dotykam istoty przemijania. Nie w listopadowy wieczór, nie w Zaduszki i nie w Sylwestra, lecz właśnie latem. Lubię zanurzyć się w tym nastroju. Powdychać niepokój i pozwolić sobie na małą depresyjną zapaść. Bo kiedy jest mi smutno, to ja się w tym smutku lubię wytarzać. Poczuć egzystencjalny ból w każdej komórce ciała. Zapuszczam wtedy płytę „Dummy” Portishead i rozdrapuję każdą małą rankę. I w dziwny sposób ten masochistyczny rytuał oczyszcza mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz