O jej prozie mówi się, że jest "męska", bo ostra i brutalna. Swoje powieści kryminalne osadza w Krakowie, który nie ma nic wspólnego z miastem z turystycznych folderów - to gród Cracka, którym rządzą narkotykowi władcy i dresiarze z maczetami. Gaja Grzegorzewska opowiada nam o literaturze neo-noir i swojej ostatniej powieści "Betonowy pałac".
Śmiejesz się z krakowskiej tytułomanii, a sama jesteś „królową polskiego kryminału”. Spoczniesz na Wawelu?
- Nic dla mnie takie słowa nie znaczą, bo jest tyle tych królowych. A przecież królowa jest tylko jedna - Agatha Christie. Natomiast szafuje się tym tytułem na prawo i lewo. Ponieważ recenzuję dużo kryminałów, to widzę, że niemal przy każdej kolejnej skandynawskiej autorce pojawia się hasło „nowa królowa”. Więc przestało to mieć jakikolwiek głębszy sens.
Ale jest wyraźna strategia wydawców, by w przypadku literatury pisanej przez kobiety bardzo mocno zaznaczać płeć. O autorach nie mówi się „król” czy „książę” polskiego kryminału, a ty czy Katarzyna Bonda jesteście metkowane jako „królowe”, „najpiękniejsze damy”, w najgorszym razie -„blondynki”.
- Facetów może nie trzeba w taki sposób sprzedawać, a kobieta funkcjonuje w takim lekko seksualnym kontekście, czy tego chce, czy nie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz